9 stycznia 2016

Dobrego złe początki...


… czyli Inteligent Natsu i Sierotka Lucy w One-Shocie dla Lucy Heartfilii :D





Part I
 







Szedłem powoli ulicami Magnolii, ze splecionymi na karku dłońmi i uważnie obserwowałem krzątaninę zwykłych, niebędących magami, obywateli. Nie miałem dzisiaj nic do roboty, dlatego postanowiłem spędzić ten dzień leniuchując na całego. Nie planowałem nawet odwiedzin w Gildii, ale dobrze wiedziałem, że będzie działało to na moją niekorzyść. W końcu Erza, a Mistrz nie inaczej, się wścieknie, gdyż czekało mnie tęgie łajanie. Nie zamierzałem, jak zresztą zawsze, dobrowolnie poddać się karze. Przewrotność i przeciwstawianie się ogólnie ustalonym normom były moją specyficzna cechą, a wedle słów innych – ogromną wadą. No cóż, zdania na ten temat były podzielone, a ja przegrywałem jeden do jakichś dwustu czterdziestu trzech, gdyż właśnie tylu magów poza mną liczyło Fairy Tail.



Z misji wróciłem wczoraj, zgarniając spore wynagrodzenie. Oczywiście jego część poszła na pokrycie zniszczeń, których, zupełnie przypadkiem, jak zawsze zresztą, się dopuściłem. OK, większa część. No dobra, dziewięć dziesiątych, ale co z tego? Miałem gdzie spać i co jeść, dlatego nie było najgorzej. W dzisiejszej przechadzce nie towarzyszył mi Happy, bo spał w najlepsze, męczony wysoką gorączką. Biedak. Nasze zlecenie miało miejsce w wysokich partiach gór, a on wpadł w głęboką zaspę i się przeziębił. Zapytacie pewnie, co można zniszczyć wśród bezkresnej bieli? No cóż, podczas walki wywołałem małą lawinę. Dobra, lawinę. No OK, wielką lawinę, jakiej świat dotąd nie widział! Zmiotła ona z powierzchni ziemi kilka góralskich chat i miasteczko znajdujące się u podnóża góry. Jako że poczuwałem się do odpowiedzialności, pokryłem straty. Przecież nie mogłem zostawić tych ludzi bez dachu nad głową! Tak się nie godzi! Moja siła niszczenia była powszechnie znana, a tam, gdzie brałem misje, ludzie drżeli. No cóż, nic na to nie poradzę, że zawsze walczę na całego i zupełnie zatracam się, gdy dochodzi do starcia. Jako „Salamander z Fairy Tail”, muszę zawsze prezentować się od najlepszej strony, prawda? Wyszczerzyłem się szeroko do swoich myśli, ale uśmiech zamarł mi na ustach, gdy moje przemyślenia przerwało głośne jękniecie, które usłyszałem gdzieś nieopodal. Zatrzymałem się i nadstawiłem ucha, a gdy dźwięk się powtórzył, spojrzałem w prawo, gdyż stamtąd dochodził. W błotnej kałuży, powstałej po padającym całą noc deszczu, ktoś siedział, i to w dość dziwnej pozycji. Sądząc po ubiorze była to dziewczyna. Patrząc na nią, zbierało mi się na śmiech. Wyglądała bardzo pociesznie, cała umazana błotem. Jej włosy, kiedyś blond, teraz przypominały nieudany eksperyment początkującego fryzjera. Spódniczka i bluzka były w kilku miejscach zabryzgane błotem, zupełnie jakby awangardowy malarz rzucał w nie balonami napełnionymi brązowo–podobną farbą. I do tego długie, umorusane nogi, będące praktycznie całkiem odkryte, gdyż spódniczka podjechała do bioder dziewczyny. Na widok tego wszystkiego początkowo nieśmiało się zaśmiałem, by potem rechotać na całego, trzymając się za brzuch. Chwilę później ocierałem cieknące z oczu łzy, ale gdy spojrzałem na nią, mina mi zrzedła, a ciało zesztywniało. Patrzyła na mnie wielkimi orzechowymi oczami z takim wyrzutem, że zrobiło mi się głupio. To była zaledwie jedna chwila i nasze pierwsze spotkanie, a ja poczułem, że znam ją od lat. Spojrzałem głęboko w jej niezwykłe oczy i między nami zawisła magia, ale nie ta, którą się posługiwałem. Magia, o której zdarzyło mi się słyszeć, a której nigdy nie doświadczyłem. Aż do teraz. Serce poczęło mi szybciej bić, a zaschnięte nagle gardło domagało się nawilżenia. W zwolnionym tempie, nie będąc świadomym, co robię, ruszyłem w jej stronę. Zatrzymałem się przed nią i wyciągnąłem w jej stronę dłoń, lekko uginając kolana. Spojrzała na mnie, wydawało mi się, nieufnie, ale po chwili, z widocznym gołym okiem wahaniem, podała mi swoją, całą brudną od błota, ale taką malutką, o miękkiej skórze i długich, zadbanych paznokciach. Zacisnąłem palce na podanej kończynie i pociągnąłem w swoją stronę, aż jej sylwetka się wyprostowała. Stała chwilę o własnych siłach, by po kilku sekundach z jękiem opaść w moje ramiona. Przez zapach błota, którym była umazana, przebijała się woń truskawek. Jej ciało było przyjemnie miękkie i ciepłe, zupełnie tak jak sobie wyobrażałem. Przerażony tym, w jakim kierunku zmierzają moje myśli, potrząsnąłem głową i skupiłem się na brzmieniu jej głosu.
— Kostka – powiedziała tylko tyle, czym wyrwała mnie z zamyślenia.
Nie pytając o nic, wziąłem ją na ręce i z wielkim zaskoczeniem odkryłem, że jest niewiarygodnie lekka. Wtuliła się we mnie, drażniąc moją szyję ciepłym oddechem. Jej długie włosy, związane w koński ogon po prawej stronie głowy, łaskotały mnie w przedramię. Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, usłyszałem jej równy oddech. Spała. Spojrzałem na jej spokojną twarz. Długie, ciemne rzęsy, rzucały cień na jasną skórę, teraz ubarwioną błotem; miała zaróżowione policzki, pewnie ze wstydu, i lekko rozchylone usta. Nozdrza poruszały się w rytm jej wdechów i wydechów. Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Przecież byłem dla niej obcym człowiekiem! Mogłem być morderca, gwałcicielem, albo innym typkiem spod ciemnej gwiazdy, a tymczasem dziewczyna wtulała się we mnie z ufnością, która graniczyła z absurdem. Zapatrzyłem się w jej uśpioną, słodko wyglądającą twarz, a moje serce, nie wiedzieć czemu, wykonało dziwny taniec. Powoli, z głośnym świstem, wypuściłem wstrzymywane w płucach powietrze i przymknąłem powieki. Gdy je uniosłem, szepnąłem sam do siebie:
— I co ja mam z tobą zrobić, hę?
Westchnąłem i podjąwszy decyzję, chwyciłem niewielką błękitną torbę, zapewne należącą do dziewczyny, w jedną dłoń. Zaskoczony niewielkim bagażem, który był rozmiarów podróżnej kosmetyczki, wzruszyłem ramionami i dziarskim krokiem ruszyłem w kierunku swojej chatki, znajdującej się poza miastem. Szedłem wyboistą drogą, wijącą się między polami rzepaku i żyta, mijałem nieliczne drzewa rosnące po obu jej stronach i co jakiś czas przyglądałem się trzymanej w ramionach dziewczynie. Gdy wyczułem znajomy zapach, uniosłem głowę i wpatrzyłem się w przestrzeń. W oddali zamajaczył dach mojego domu. Od pokrywających go dachówek, odbijało się światło słoneczne, dziś wyjątkowo niemające urlopu. Po deszczowej nocy, a w zasadzie mokrym maju, przyszedł czas na nieco słońca, które rozgrzewało nie tylko dusze, ale i serca. Czyżby właśnie przez dzisiejszą pogodę mój kawał mięsa bez kości służący do miłości, nagle się obudził? Gdy tylko o tym pomyślałem, spojrzałem na dziewczynę.
— A może to twoja sprawka, koleżanko? – szepnąłem, na co jej powieki lekko zadrżały, by po chwili nieznacznie się unieść. Uśmiechnęła się sennie i z rozmarzeniem. Zamarłem w miejscu, gdy jej dłoń musnęła mój policzek.
— Ależ jesteś przystojny, ty mój książę… – szepnęła, a po chwili straciła przytomność. Zbaraniałem do reszty. Na przemian otwierałem i zamykałem usta oraz mrugałem powiekami, nie bardzo wiedząc, co przed chwilą miało miejsce, albo czy się nie przesłyszałem. Czy ona śniła, czy jednak konkretnie o mnie realnego jej chodziło? Nie wiedziałem.
— Tsk – wydobyłem z siebie dziwny odgłos. Przymknąłem powieki, odetchnąłem głęboko i ruszyłem przed siebie, mrucząc pod nosem: – Głupota.
Dalszą drogę przebyłem nieco szybciej przebierając nogami. Dziewczyna spała w najlepsze, a jej klatka piersiowa rytmicznie się unosiła i opadała. Jej twarz zdobił błogi uśmiech, a gdy uważniej się przyjrzałem, pod oczami ujrzałem ciemne pręgi i w jednej chwili zrozumiałem, dlaczego usnęła. Westchnąłem ciężko, przymykając powieki, a moje nadzieje, że oto mnie, nieznajomego, obdarzyła stuprocentowym zaufaniem, rozwiały się. Serce przeszył mi nagły ból, jakby ktoś dźgnął je sztyletem o złotej rękojeści. Czemu złotej? Nie wiem, tak po prostu wyobraziłem sobie niosące śmierć narzędzie, które złamało moje uczucie. Chwila! Czy to znaczyło, że się zakochałem? Gdy dotarł do mnie sens tego, o czym myślałem, zatrzymałem się, rozdziawiłem usta, otwierając szeroko oczy, i stanąłem na środku drogi, jakbym wrósł w to miejsce.
— Młokosie! Przesuń się, bo cię przejadę! – dopiero krzyk jakiegoś gościa, który siedział na wozie zaprzężonym w cztery czarne jak noc rumaki, otrzeźwił mnie. W ostatniej chwili uskoczyłem na bok, unikając wgniecenia w grunt przez szesnaście ciężkich kopyt na dokładkę z czterema olbrzymimi kołami. Z emocji serce mocniej tłukło się o żebra, a na czoło wystąpił mi pot. Spojrzałem na swoją Śpiącą Królewnę. Niewiarygodne! Nie obudziła się, chociaż hałas, jaki robił dorożkarz, jego konie i sam powóz, w mojej głowie brzmiał jak huk dziesięciu wystrzałów z armaty. Pokręciłem głową i przymknąłem powieki. W innej sytuacji, gdy byłbym sam, na pewno nie miałbym takich rozterek, ale teraz czułem się odpowiedzialny za uratowaną niewiastę i wypadało dostarczyć ją w jednym kawałku do chatki.
Gdy kurz, wzburzony przez powóz, opadł, odetchnąłem głęboko i ruszyłem przed siebie, gdyż do celu miałem jakieś sto metrów. Normalnie przebiegłbym je w dwóch susach, ale nie chciałem zbudzić dziewczyny. Spojrzałem na jej nogi. Prawa kostka wyraźnie różniła się wyglądem od lewej – była napuchnięta i zaczerwieniona. Skrzywiłem się mimo woli, bo kontuzja wyglądała paskudnie. Za punkt honoru postawiłem sobie, że gdy tylko Błotna Panna oprzytomnieje, zadbam o to, by zbadała ją najlepsza znachorka, jaką znałem. Gdy powziąłem tę decyzję, poczułem jak ogromny ciężar spada mi z serca, a ciało nabiera lekkości, chociaż gdzieś jeszcze czaił się lęk o zdrowie uratowanej. Odgoniłem kłębiące się w głowie myśli, potrząsając nią na boki, i powoli, stawiając stopę za stopą, dotarłem do drzwi mojego domu. Nie zamknąłem ich na klucz, dlatego nacisnąłem klamkę łokciem, a te ustąpiły z cichym skrzypnięciem. W środku, poza bałaganem, panował mrok, gdyż przed wyjściem zasunąłem wszystkie rolety w oknach i pogasiłem światła. Chciałem zapewnić Happy’emu dogodne warunki, niezbędne do powrotu do zdrowia. Kopniakiem zamknąłem drzwi i co rusz potykając się o jakiś garnek, miotłę czy inny ludzki wynalazek, dotarłem do podnóża schodów prowadzących na piętro. Postawiłem stopę na pierwszym stopniu, który cicho zaskrzypiał pod naszym ciężarem. Spojrzałem na dziewczynę. W dalszym ciągu spała i nic nie wskazywało na to, że szybko się obudzi. W normalnych okolicznościach położyłbym ją w hamaku na parterze, ale jej stan wymagał czegoś wygodnego, dlatego skierowałem się do nieużywanej przeze mnie od dawna sypialni. Gdy nacisnąłem klamkę łokciem, drzwi pokoju otworzyły się bez najmniejszego skrzypnięcia, co mnie samego mocno zaskoczyło, dlatego uniosłem brwi. Prawą stopą, powoli i ostrożnie, zebrałem z łóżka wielką płachtę, która chroniła pościel przed zakurzeniem, i rzuciłem ją na podłogę. Odsunąłem kołdrę, a na materacu, zaopatrzonym w błękitne prześcieradło, ułożyłem dziewczynę, dbając, by jej kostka nie doznała jakiegoś wstrząsu. Gdy noga Błotnej Panny dotknęła materaca, na jej twarzy pojawił się grymas bólu. Wstrzymałem oddech, pewny, że się zbudzi. Gdy nic takiego nie nastąpiło, a jej lico ponownie stało się spokojne, okryłem ją kocem i począłem zbierać resztę płacht zaściełających pozostałe meble. Po skończonym procederze, spojrzałem na dziewczynę ostatni raz i opuściłem sypialnię z zamiarem powrotu, gdy uporam się z bałaganem na niższej kondygnacji. Wiedziałem, że nie uniknę pytań ze strony niebieskiego kota, dlatego starałem się stąpać jak najciszej, by go nie zbudzić. Gdyby zobaczył w moich rękach wielkie poły materiału, na pewno zapytałby czy w końcu postanowiłem porzucić hamak na rzecz znacznie wygodniejszego łóżka, a wtedy musiałbym powiedzieć o dziewczynie śpiącej na moim materacu. Nie żebym się wstydził czy coś, ale takie zachowanie na pewno nie było dla mnie normalne. Sprowadzanie obcych do mojej, nie, naszej oazy, nie leżało w mojej naturze. No cóż, gdy tylko poczuje się lepiej, powiem mu o wszystkim i mam nadzieję, że zbyt mocno go tymi rewelacjami nie zszokuję. Chociaż kto to wie? Pokręciłem głową z uśmiechem i zbiegłem na parter. Podszedłem do jednego z okien i odsunąłem zasłonkę, wpuszczając do wnętrza ciepłe promyki, które rozświetliły ponure pomieszczenie. Westchnąłem z rezygnacją, potoczywszy wzrokiem po sajgonie, panującym w moim domu. Na ubranie zarzuciłem fartuszek, otrzymany na jakieś święta od Lisanny, i zabrałem się do sprzątania.






Natsu? – jakiś czas później usłyszałem zaspany, lekko zachrypnięty głos mojego towarzysza, Happy’ego, który spał w moim hamaku. To był drugi powód, dla którego Błotna Panna wylądowała w sypialni na piętrze.
Wrzuciłem trzymaną w dłoni ścierkę do wiaderka z wodą i ruszyłem w stronę głosu. Zatrzymałem się przy krawędzi hamaka i spojrzałem na niebieskiego kota. Wyglądał blado. Jego zwyczajowo intensywny błękit, był teraz jaśniutki, a przyjaciel stał się wręcz przeźroczysty.
— Co jest, Happy? – spytałem, dotykając prawą dłonią jego czoła. Było rozpalone, dlatego szybko wyjąłem z miski, stojącej na krześle obok hamaka, okład, pozbawiłem go nadmiaru wody i położyłem nad oczami chorego.
— Wróciłeś już? – zapytał i potoczył nieprzytomnym wzrokiem po pomieszczeniu. Nie skomentował tego, że sprzątam, chociaż widziałem, że korci go, by poznać powód tej zmiany. W końcu od zawsze byłem zagorzałym fanem nieporządku wszelkiego rodzaju, ale wiedziałem, że dziwnie bym się czuł, gdyby Błotna Panna się obudziła i zobaczyła, że mieszkam w, i tu nie przesadzę, chlewie.
— Jak widzisz.
— Ach, rozumiem. – Przymknął powieki i westchnął cicho. – Tęskniłeś za mną – stwierdził i uśmiechnął się blado, wielce zadowolony z wniosku, który wysnuł.
Uniosłem prawy kącik ust w krzywym uśmiechu i oparłem zaciśnięte w pięści dłonie w pasie, uginając prawe kolano. Skromniś jeden! Myślał, że wszystko kręci się wokół niego. Niedoczekanie jego!
Uniósł jedną powiekę, chcąc sprawdzić moją reakcję, po czym zachichotał zastawiając łapką pyszczek.
— Wiedziałem, że jesteś beze mnie jak niemowlę bez matki. No wiedziałem! – Wyraźnie się cieszył. Aż żal mi się go zrobiło, bo wiedziałem, że muszę sprowadzić go na ziemię, zapewniając nadzwyczaj twarde lądowanie.
— Widzę, że już ci lepiej, dlatego rozczaruję cię, mój drogi – powiedziałem z przepraszającym uśmiechem. Gdy spojrzał na mnie z osłupieniem, uśmiechnąłem się w duchu i podrapałem w tył głowy. – Jakby ci to powiedzieć? – zastanawiałem się na głos.
— Natsu? Znów zniszczyłeś jakąś wioskę? – zapytał ze słyszalnym w głosie strachem. Pokręciłem głową, by zaprzeczyć, ale on kontynuował: – Rozwaliłeś bar w centrum? – Ponownie zaprzeczyłem, ale nie dał mi łatwo dojść do słowa i wymyślił coś ciekawszego. Nim zapytał, rozszerzył oczy i mocno zbladł, jeśli to w ogóle było jeszcze możliwe. – Rozwaliłeś Gildię! O matko! Erza… Erza mnie zabije, bo cię nie dopilnowałem! – Zaczął nerwowo rozglądać się wokół siebie, trzymając głowę oburącz i kręcąc nią na boki. – Muszę się schować! Koniecznie! Czemu nie umiem magii kamuflażu? Albo transformacji? Zamieniłbym się w Carlę i byłoby po sprawie! Och, ja nieszczęsny!
Prawdę mówiąc, słuchając jego wywodu, miałem wrażenie, że mam przed sobą twórcę powieści kryminalnych, a nie latającego kota, który jest moim przyjacielem od wielu, wielu lat. Gdy uniósł się na drżących łapkach, usiłując wstać i skryć się jak zamierzał, położyłem mu dłoń na łebku i delikatnie pogłaskałem miękkie futerko.
— Happy, weź wyluzuj. Naprawdę nic ci nie grozi. – „Przynajmniej dzisiaj”, dodałem w myślach. – Nic nie zniszczyłem. – Spojrzał na mnie spode łba, a w jego oczach czaiła się niepewność.
— Naprawdę? – zapytał, nie dając wiary moim słowom.
Kiwnąłem twierdząco, ale on dalej przyglądał mi się nieufnie.
— Nie robisz mnie w bambuko?
Tym razem pokręciłem przecząco.
— Wiesz? – Spojrzałem na niego z szerokim uśmiechem na ustach, pewny, że w końcu usłyszę upragnione słowa. – Jakoś ci nie wierzę – zakończył beztrosko, a ze mnie uszło całe powietrze. Nie tego się spodziewałem. Widząc moją minę, zachichotał, a po chwili turlał się w hamaku, trzymając się oburącz, a może obułap?, za brzuch i zaśmiewając do łez. Zacisnąłem dłonie w pięści i postanowiłem dać mu nauczkę. Chwyciłem go za futro na grzbiecie i podniosłem. Zawisł jakieś dwa metry nad ziemią i przestał się śmiać, przyglądając się mojej poważnej minie i ściągniętym brwiom.
— Natsu? – zagadnął. – Co ty chcesz zrobić?
Potarłem wolną dłonią brodę, zmrużyłem powieki, jakbym się nad czymś zastanawiał i przyglądałem mu się dłuższą chwilę.
— Natsu? – ponaglił mnie, ale miała to być moja mała zemsta, dlatego w to mi graj. Niech futrzak nieco pocierpi. A co!
— Podczas spaceru zdarzyło mi się czytać, że szukają niechcianych zwierząt, z których mogliby zrobić oryginalne futrzane okrycia dla bogatych dam. Z tego, co pamiętam, cena za twoje byłaby naprawdę wysoka, przez co nie musiałbym przez jakieś dwa lata chodzić na misje i żyłbym jak pączek w maśle. – Z każdym moim słowem, jego oczy robiły się coraz większe, a ciało drżało mocniej. Zrobił pyszczek w ciup, a oczy zaszkliły mu się nieznacznie. Był przerażony! Pogratulowałem sobie w duchu pomysłu i by przedłużyć męki przyjaciela, dodałem: – Co ty na to?
— Natsu! Ty okrutny sadysto! A miałem cię za przyjaciela! Wypchaj się tym swoim szalikiem! – krzyczał, zaciskając mocno powieki, spod których nieprzerwanie płynęły łzy. Usmarkał się, a gile, których nie raczył wytrzeć, przyozdobiły mu brodę. Machał łapkami, jakby chciał dosięgnąć mojej twarzy i ją podrapać. Żal mi się zrobiło tego kochanego, czasami wrednego futrzaka, dlatego przytuliłem go mocno do siebie – ubrania w końcu mogę wyprać, prawda?
— Happy – na dźwięk mojego głosu i wcześniejszy gest, przestał się szarpać. Jedynie cichutko chlipał.
— Co? – zapytał z wyrzutem, a jego stłumiony głos dotarł do mnie jako szept, który bezbłędnie wychwyciłem, dzięki dobrze rozwiniętemu zmysłowi słuchu.
— Żartowałem. Przepraszam. – Przytuliłem go mocniej.
— Naprawdę? – zapytał i spojrzał na mnie wielkimi oczami. Jego załzawiony pyszczek wyglądał żałośnie.
By potwierdzić swoje słowa, skinąłem głową, lekko się uśmiechnąłem i pogłaskałem go po futrzastym łebku.
— Naprawdę – dodałem dla potwierdzenia.
— Co za ulga – szepnął i mocniej się we mnie wtulił. – Nie rób tego więcej, proszę. – Głupio się poczułem, gdy usłyszałem jego cieniutki głosik i przypomniałem sobie, jakie okropne rzeczy mu powiedziałem.
— Wybacz, Happy. Źle postąpiłem.
— Mhm.
Gdy się uspokoił, chwyciłem czystą chusteczkę, którą, jakimś cudem, znalazłem w moim zagraconym domu, i otarłem zasmarkaną twarz.
— Dziękuję – szepnął i głośno wydmuchał nos. Na ten dźwięk aż się skrzywiłem i chwyciłem w dwa palce umazany wydzieliną kawałek miękkiego papieru, który mi zwrócił. Czym prędzej rzuciłem go za siebie i ułożyłem przyjaciela z powrotem w hamaku, szczelnie okrywając go kocem. Zmierzyłem mu temperaturę i postanowiłem, że czym prędzej udam się do Porlyusici, by poprosić ją o lekarstwa dla Happy’ego i opatrzenie kostki Błotnej Panny.
— Happy, chciałbym ci o czymś powiedzieć. – Gdy się do niego zwróciłem, spojrzał na mnie z uwagą. Aż dziw brał, że był chory, a potrafił maksymalnie skupić się na tym, co mówiłem. Nabrałem powietrza, które ze świstem wypuściłem z płuc i przymknąłem powieki. – Od dzisiaj mieszkamy w trójkę – wypaliłem i spojrzałem na niego. Uniósł się do siadu, otworzył pyszczek, z którego wypadł termometr, i przyjrzał mi się uważnie.
— Czy… – zaczął. – Czy zgodziłeś się w końcu chodzić z Lisanną? – Że co!? Nie sądziłem, że dojdzie do takich wniosków!
— Co?! Nie! Absolutnie nic z tych rzeczy! – zaprzeczyłem, wyciągając przed siebie dłonie, jakbym chciał się bronić przed słowami, które opuściły jego pyszczek.
— No to ja już nic nie rozumiem… – rzekł zrezygnowany, opuszczając głowę i obejmując skronie łapkami.
— Ech… – westchnąłem ciężko i klapnąłem na krześle, stojącym nieopodal hamaka. Ukryłem twarz w dłoniach, by ułożyć sobie wszystko w głowie, nim zacznę opowieść. Sądziłem, że będzie to łatwe, ale właśnie wyszło jak bardzo się myliłem.
— Natsu? – na dźwięk jego głosu, uniosłem nieco głowę i rozdziawiłem palce, by spojrzeć w zatroskaną twarz kocura.
— Hm?
— Źle się czujesz? – zapytał, a ja pokręciłem głową, zamykając oczy.
— Daj mi chwilę. Muszę zebrać myśli. – Teraz, gdy już wiedziałem, że ta rozmowa nie będzie się zaliczała do łatwych, nie miałem pojęcia od czego zacząć.
— Dobrze – szepnął ledwie słyszalnie i, gdyby nie mój wyczulony słuch, na bank przeoczyłbym to słowo.
Przeczesałem nerwowym gestem włosy, potarłem powieki i uniosłem dłoń, przyłożoną do czoła między brwiami. Westchnąłem, jakbym dźwigał niewymownie wielki ciężar na plecach, opuściłem dłoń, opierając łokcie na kolanach, i spojrzałem na czekającego w napięciu Happy’ego. Patrzył na mnie zogromnianymi oczami, które ledwo utrzymywał otwarte, dlatego, żeby oszczędzić mu cierpień i pozwolić iść spać, nabrałem powietrza w płuca i zacząłem snuć swoją opowieść. Streszczenie wydarzeń sprzed kilku godzin zajęło mi jakiś kwadrans. Po mojej, nazwijmy to, spowiedzi, zapadła cisza, która aż dzwoniła mi w uszach. Opuściłem głowę i położyłem dłonie na kolanach, czekając na słowa przyjaciela. Zagryzłem dolną wargę i nerwowo nabierałem i wypuszczałem powietrze z płuc.
— Natsu? – na dźwięk jego głosu, podskoczyłem na krześle, które zajmowałem. Z wahaniem uniosłem głowę i spojrzałem na niego nieco przestraszony. Nie wiedziałem czego oczekiwać.
— Ta… – Odchrząknąłem, gdyż mój głos nie był tym, który znałem – totalnie zachrypnięty jak podczas przeziębienia – i podjąłem drugą próbę. – Tak, Happy? – tym razem poszło gładko, chociaż serce waliło mi jak młotem w oczekiwaniu na werdykt mojego jurora.
— Wiesz… – zaczął i przyłożył łapkę do brody, lekko się uśmiechając i uroczo mrużąc przy tym powieki. – Chciałbym ją zobaczyć – dokończył, a ja, słysząc to, rozdziawiłem usta i chwilę milczałem. Zamrugałem gwałtownie kilka razy i po chwilowym szoku, złączyłem wargi, które zacisnąłem w wąską kreskę. Nosem wypuściłem wstrzymywane powietrze, odczuwając niewysłowioną ulgę. Uniosłem prawy kącik ust, a po chwili wyszczerzyłem się do przyjaciela.
— Jasne! – krzyknąłem radośnie, unosząc ręce nad głowę, aby po chwili zastygnąć z prawą dłonią na karku. – Tylko wiesz, jest jeden problem – powiedziałem, a on spojrzał na mnie, przekrzywiając głowę. – Ja sam nie wiem kim ona jest. Nic o niej nie wiem.
— Ale jakoś się do niej zwracałeś, prawda?
— Happy? Czy ty na pewno słuchałeś uważnie tego, co mówiłem? – zapytałem z powątpiewaniem. Skinął twierdząco głową, a ja westchnąłem. – Dobra, raz jeszcze powiem: nie było okazji spytać jej o imię, bo zemdlała. Dotarło? – Ponowne skinięcie utwierdziło mnie w przekonaniu, że Happy, nareszcie!, zajarzył o co chodzi. – Gdy tylko się obudzi, porozmawiam z nią, a ty odpoczywaj. – Wstałem z krzesła i przykryłem go szczelnie kocem. Podałem mu lekarstwo i herbatę z sokiem malinowym, a gdy tylko odwróciłem się doń plecami, usłyszałem jego równy, lekko charczący oddech. Uśmiechnąłem się i spojrzałem ponad lewym ramieniem na śpiącego choruska. No serio, z nim jak z dzieckiem!
Stąpałem na palcach, by nie zbudzić kocura i jakąś godzinę później, skończyłem sprzątanie. Zmęczony, ale bardzo z siebie zadowolony, rozejrzałem się po parterze. Lśnił czystością i pachniał świeżością, o którą nigdy nie posądziłbym tego zagraconego chlewu. Zdjąłem kunsztowny, różowy fartuszek, przyozdobiony maślanymi i czekoladowymi muffinkami, umyłem dłonie i skierowałem swoje kroki na piętro. Gdy znalazłem się przed drzwiami sypialni, ostrożnie nacisnąłem klamkę i otworzyłem je. W pokoju panował półmrok, idealny do wypoczynku. Spojrzałem na łóżko i spostrzegłem, że dziewczyna nie śpi. Siedziała na materacu i rozglądała się nerwowo wokół siebie. Gdy postawiłem stopę wewnątrz pomieszczenia, przeniosła spłoszony wzrok na mnie. Uniosłem prawą rękę, by dać jej do zrozumienia, że mam pokojowe zamiary i zamknąłem drzwi.
— Cze… – nim zdążyłem dokończyć, wcięła mi się w słowo.
— Kim jesteś? Co to za miejsce? Czego ode mnie chcesz? – gdy to usłyszałem, stanąłem jak wryty w połowie drogi między drzwiami a łóżkiem i patrzyłem na nią, zawzięcie mrugając powiekami. Jej były zmrużone jak u dzikiego kota, chociaż mi raczej przypominała słodką kocicę, którą można dyscyplinować i… ale się zagalopowałem! Wybaczcie!
Gdy między mrugnięciami uchwyciłem wyraz jej twarzy, byłem zaskoczony. Ułożenie powiek wyraźnie się zmieniło – były teraz szeroko rozwarte, a źrenice dziewczyny zmniejszyły się do minimum. Na dodatek usta lekko się uchyliły, zupełnie jak w niemym krzyku, a z nich wydobyło się zdanie, wypowiedziane mocnym, ale lekko drżącym głosem:
— Jeśli porwałeś mnie dla okupu, wiedz, że nic nie dostaniesz! – teraz to zbaraniałem do reszty! Naprawdę!
— Że co?! – powiedziałem na głos. – Nie bardzo rozumiem o czym mówisz, ale widocznie coś ci się pomieszało – na moje słowa zrobiła buzię w ciup, nadęła policzki i uroczo się zaczerwieniła, opuszczając głowę. Och! Jak ładnie wyglądała! Aż wstrzymałem oddech przypatrując się jej twarzy, którą teraz zakrywały długie włosy. Widocznie rozpuściła je, gdyż opadały na jej lica złotą kaskadą. No, może nie do końca złotą – w końcu umazane były błotem.
Jak w transie ruszyłem w jej stronę, ale gdy tylko podniosła głowę, zatrzymałem się w pół kroku, w bardzo dziwnej pozycji – wyglądałem jak złodziej skradający się do łoża gospodarza, w celu podcięcia mu gardła.
— Czego chcesz? – zapytała oschle, a mnie aż ciarki, wyjątkowo przyjemne, przebiegły po plecach, gdy jej ton dotarł do moich uszu – co ja, jakiś masochista? Nieważne. Popatrzyłem w jej twarz. Brwi miała zmarszczone, przez co na czole zrobiła jej się pionowa bruzda, usta zacisnęła w wąską kreskę, a jej oczy ciskały gromy. Przełknąłem głośno ślinę, a gdy przymknęła powieki, stanąłem prosto. Głupio było mi w tej pozie „na złodzieja”. Serio.
Gdy otworzyła oczy, jej spojrzenie złagodniało. Przypatrzyła się sobie i spąsowiała. No cóż, cała pościel była zabrudzona zaschniętym błotem, które sypało się z jej ciała przy każdym ruchu.
— Przepraszam, ale chciałabym już iść – powiedziała ni z tego, ni z owego. Wybałuszyłem oczy, nie bardzo wiedząc, co robić. Przecież była kontuzjowana! I na pewno przed czymś, albo kimś, uciekała.
— Ale… – zacząłem i na tym pozostańmy.
— Przepraszam za kłopot, który sprawiłam i za zabrudzenie łóżka – szeptała, a na jej twarzy, z każdym wypowiedzianym słowem, wykwitał czerwieńszy rumieniec. Uśmiechnąłem się mimo woli.
— Nic nie szkodzi – na dźwięk mojego głosu, spojrzała na mnie niepewnie tymi wielkimi, orzechowymi oczami, które wyzierały spomiędzy złotych kosmyków. Znów opuściła głowę. Już wiedziałem, że tego nie lubię.
— Ja posprzątam. Wszystko wypiorę i wysuszę.
Opuściła nogi na podłogę i nim zareagowałem, wstała. Syknęła, a jej ciało zaczęło niebezpiecznie zbliżać się do podłogi. Jednym susem znalazłem się przy niej i chwyciłem ją w ramiona. Oparła mi dłonie na piersi, a wtedy wyprostowałem się i wziąłem ją na ręce.
— N-n-n-n-nie trzeba! – zająknęła się, wymachując rękami, jakby chciała mnie odepchnąć, ale nie była pewna czy powinna.
— Spokojnie. To ja cię tutaj przyniosłem i ułożyłem – powiedziałem, patrząc w jej płochliwe oczy. Uśmiechnąłem się, by załagodzić sytuację, ale dziewczyna znów opuściła głowę. Zmarszczyłem brwi, bo było to co najmniej dziwne, ale nie skomentowałem jej zachowania ani słowem. – Chcesz się wykąpać? – zapytałem. Momentalnie uniosła głowę i spojrzała na mnie. Wiedziałem, o co mnie podejrzewa. – Spokojnie, nie będę twoją asystą. – Wyszczerzyłem się do niej, na co lekko się zarumieniła. No weźcie, to było słodkie ponad wszelką miarę!
— Dobrze – szepnęła i zacisnęła prawą dłoń na mojej kamizelce. Usłyszawszy jej zgodę, ruszyłem w stronę łazienki, do której prowadziły drzwi, znajdujące się w sypialni, ale stanąłem w pół kroku. Przecież nie sprzątałem tam od kilku dobrych miesięcy! Załamany, zacząłem się głowić co dalej, aż oprzytomniałem. Przecież na parterze była druga łazienka! Co ja taki dziwny? To chyba przez dotyk tego ciepłego, miękkiego, kobiecego ciała, mieszało mi się w głowie.
W ciszy skierowałem się do drzwi, które otworzyłem stopą, a później zszedłem na parter i ruszyłem w stronę łazienki. Nasłuchiwałem czy Happy śpi, a słysząc jego głośne chrapanie, odetchnąłem z ulgą.
Gdy znaleźliśmy się w łazience, usadziłem dziewczynę na niewysokim krześle i nalałem wody do wanny. Po chwili wnętrze pomieszczenia wypełniła para i zapach olejku pomarańczowego, który dodałem do gorącej cieczy.
— Tutaj – wskazałem wieszak nieopodal wanny – masz czyste ręczniki, tu – teraz palec pokazał buteleczki różnej wielkości – szampony, płyny i wszelkiej maści kosmetyki. Nie krępuj się i używaj, których ci się żywnie podoba – zakończyłem i uśmiechnąłem się. Kiwnęła głową na znak, że rozumie, a po chwili otrząsnęła się, jakby coś do niej dotarło.
— A co założę po kąpieli? – zapytała i poczęła rozglądać się wokół siebie. Głupi ja! Przecież jej torbę, którą też zabrałem z miejsca kontuzji, postawiłem zaraz przy drzwiach wyjściowych. Podrapałem się w tył głowy, zaszokowany swoim roztargnieniem. No co prawda od zawsze taki byłem, ale nigdy aż tak. To na bank jej wpływ!
— Zaraz przyniosę twoją torbę. Mam nadzieję, że chociaż część ubrań jest czysta, pomimo lądowania w błocie.
— Ach – szepnęła tylko. – Dobrze – dodała, a ja opuściłem łazienkę, by po chwili wrócić z jej rzeczami.
— Dasz sobie radę? – zapytałem, gdy przeszukiwała swój bagaż w poszukiwaniu czystych rzeczy. Skinęła nieznacznie głową, co sprawiło mi niewysłowioną ulgę. – W takim razie zostawiam cię. Jakbyś czegoś potrzebowała, krzycz. – Ponownie kiwnęła głową, mając dłonie zanurzone we wnętrzu przepastnej, jak się okazało, torby, czyli wcale mnie nie słuchała. Mimo to opuściłem pomieszczenie i dokładnie zamknąłem za sobą drzwi, rzucając jej wcześniej ostatnie zatroskane spojrzenie. Pomimo błotnej maski, która zdobiła jej ciało, wciąż była śliczna jak z obrazka. Westchnąłem z rezygnacją i oparłem się plecami o drzwi od łazienki. Pomyślałem, że przydałoby się zmienić pościel na czystą, bo przecież w takim stanie nie puszczę jej do domu, dlatego oderwałem się od drewnianych wrót i ruszyłem na piętro.






Otworzyłem drzwi lodówki i długo studiowałem jej zawartość. Z nietęgą miną wyjąłem z niej wszystko, co nadawało się do jedzenia, a w zasadzie co mogłem podać mojemu gościowi. Właśnie przeklinałem dzień, w którym stwierdziłem, że nie muszę się uczyć gotować. Cholera! Co prawda z krojeniem nie miałem najmniejszego problemu, dlatego warzywa, owoce i mięso w zgrabny lub mniej zgrabny sposób, wylądowało na talerzach i półmiskach. Patrząc na zastawiony stół, ze zgrozą myślałem, że tak oto wygląda szczyt moich możliwości, jeśli idzie o rozmieszczenie naczyń i przyrządów, koniecznych do spożycia posiłku. Przygotowane przeze mnie jadło idealnie pasowałoby na kolację, a że teraz mieliśmy porę obiadową, była to totalna klapa. Nikt nie musiał mi tego uświadamiać… Podrapałem się w tył głowy i sięgnąłem po kobiałkę z jajkami, którą postawiłem na blacie nieopodal lakrymy gazowej. Obok pojemnika z kurzymi tworami, znalazła się patelnia, masło i przyprawy, które obdarzyłem uważnym spojrzeniem. Chwyciłem w dłoń jedno jajko i długo mu się przyglądałem, zupełnie jakbym chciał przejrzeć je na wylot.
— Gdybym umiał zrobić zjadliwą jajecznicę… – pomyślałem na głos i przymknąłem powieki, ciężko wzdychając.
— Może ci pomogę? – usłyszałem za plecami i gwałtownie się odwróciłem, a wtedy trzymane przeze mnie w prawej dłoni jajko, którego środek miał zagościć na patelni, wysunęło się z palców i z dziwnym plaśnięciem uderzyło o podłogę, roztrzaskując się w drobny mak. No może nie do końca, ale wiecie o czym mówię. Zastygłem w dziwnej pozie, gdyż chciałem je schwycić w locie, ale totalnie mi nie wyszło.
W obciachowym fartuszku, z przerażeniem na twarzy i podciekającym mi pod kapcie lepkim białkiem, stałem jak sierota, czując, że moje policzki pąsowieją.
— Ojej! – zmartwiła się Przyczyna Mojej Ślamazarności, zakrywając usta prawą dłonią. Rozbite jajko straciło całą moją uwagę, na rzecz Błotnej Panny. Dopiero teraz dokładnie się jej przyjrzałem: po kąpieli wyglądała świeżo i jeszcze piękniej niż rankiem, jej skóra była iście perłowa i przypominała mi księżyc w pełni, a uśmiech, który zagościł na jej uwolnionych od zapory ustach, stworzony został przez pełne, malinowe wargi, które, o zgrozo!, nagle zapragnąłem pocałować. Pod białym T-shirtem rysowały się duże, kształtne piersi, a na biodrach znalazła się, sięgająca połowy ud, plisowana spódniczka w odcieniu borda połączonego z fioletem. Tak, wyraźnie to widziałem. Tak dla waszej informacji – nie jestem daltonistą. Uda dziewczyny były idealnie krągłe, a kształtne łydki napinały się co chwilę z wysiłku. Widać, że ciężko było jej stać. Gdy tak bez słowa się jej przyglądałem, mój wzrok padł na jej prawą kostkę, co było dla mnie jak kubeł zimnej wody. W jednej chwili ruszyłem w jej stronę, a zrobiłem to tak gwałtownie i niezgrabnie, że poślizgnąłem się na rozbitym jajku i zamiast z gracją podać jej dłoń i pomóc usiąść na jednym z czterech krzeseł, stojących wokół stołu, wylądowałem na brzuchu, mając po chwili przed oczami palce jej małych stópek. Wydałem z siebie głuchy odgłos, po czym stęknąłem, zaciskając powieki i ściągając brwi. Kurde! Dawno nie miałem takiego pecha jak dzisiaj! Gdy poczułem dłoń na włosach, uniosłem jedną powiekę i spojrzałem w górę. Błotna Panna pochyliła się w moją stronę i, z troską w oczach, przyglądała się mojej rozłożonej na twardej podłodze sylwetce. Ten orzeł był epicki, ale swoją drogą żałosny… Poczułem, że się rumienię, ale jej dotyk był tak przyjemny, że jakoś specjalnie mi to nie przeszkadzało.
— Przepraszam. Nie zrobiłeś sobie krzywdy? – zapytała, a ja gwałtownie się podniosłem. Nawet w tym różowym, mocno obciachowym fartuszku, chciałem pokazać się jej jako samiec alfa.
Przez moją temperamentną reakcję, jej dłoń opuściła moją czuprynę, a ona zachwiała się i, z przerażeniem rysującym się w oczach, poczęła się przewracać. Wszystko widziałem jak na filmie slow-motion: jej rozszerzające się z niedowierzania powieki, które po chwili się zamknęły, jej młócące powietrze ręce i przechylające się w tył ciało. W jednej chwili, otwierając usta w niemym krzyku, ruszyłem się z miejsca, chwyciłem ją za ramiona i zamknąłem w ciasnym uścisku, unosząc ją nad ziemią i obracając się w powietrzu tak, że to ja wylądowałem na plecach, amortyzując upadek. Zaparło mi dech, a w kręgosłupie coś chrupnęło. Huk, jaki rozległ się po moim spotkaniu z podłogą, obudziłby zmarłego, dlatego nie zdziwiło mnie łupnięcie, które usłyszałem nieopodal. Chwilę później wszystko spowiła ciemność.






Moje powieki zadrżały i uniosły się, a wtedy oślepiło mnie ostre światło. Czułem mocne dudnienie w głowie i ból każdej kości. Miałem zesztywniałe ciało, a zimno bijące od podłogi, było dokuczliwe nawet dla mnie, Maga Ognia. Stęknąłem i chciałem się unieść, ale gdy poczułem przyjemnie miękki ciężar na ciele, zaniechałem próby i spuściłem wzrok, nieco zezując. Moje ciemnozielone tęczówki skrzyżowały spojrzenie z wielkimi, orzechowymi oczami, które z przestrachem mi się przyglądały. Właśnie odkryłem, że trzymam ciało dziewczyny w kleszczowym uścisku, który tego byłem pewien utrudniał jej oddychanie. Pomimo tępego pulsowania w potylicy, domyśliłem się tego i rozluźniłem nieco ramiona, a wtedy ona głęboko odetchnęła, wbijając mi biust w okolice ostatnich żeber. Zamknąłem oczy i odchyliłem głowę, kładąc ją na zimnej posadzce. Czułem, że dziewczyna wstrzymuje oddech, ale szczęśliwy, że chłód nieco zmniejszył potworny, rozdzierający trzewia ból, odsunąłem od siebie tę myśl.
— Czy… – usłyszałem głos cichszy od szeptu. – Czy zrobiłeś sobie krzywdę? – Serio? Drugi raz w ciągu jednego dnia zadaje mi to samo pytanie!
Gwałtownie uniosłem powieki i spojrzałem w jej oczy, a ona aż cofnęła głowę, wyginając szyję maksymalnie w tył. Jej ciało zadrżało ze strachu, a przynajmniej ja tak to czułem. Spostrzegłem, że jej źrenice zmniejszyły swoją średnicę, dlatego przywołałem na twarz delikatny uśmiech, a moje spojrzenie złagodniało.
— Spoko luzik. Jakoś się pozbieram – powiedziałem pogodnie, ale z każdym wypowiadanym słowem czułem rozdzierający ból w płucach i plecach w odcinku piersiowym. Odetchnąłem głęboko, przymykając oczy i przygarniając dziewczynę mocniej do siebie. Jej drobne dłonie spoczęły na mojej szerokiej piersi, a czoło oparło się na środku mostka. Jedna z jej nóg znajdowała się między moimi kolanami, a druga, prawa, leżała centralnie na mojej lewej. Do takiego ułożenia musiała ją zmusić kontuzjowana kostka.
— A ty? – szepnąłem, nie otwierając oczu. Usłyszałem, że wciągnęła nieco powietrza do płuc, drgnąwszy z zaskoczenia. Chyba nie wiedziała, o co pytam. – Jak ty się czujesz? – ponowiłem pytanie, unosząc powieki i tonąc w tych jej orzechowych oczach. – Zrobiłaś sobie coś podczas upadku? – mój głos wyrażał troskę, która ją zawstydziła. Widziałem to po jej policzkach, które były teraz czerwone jak dojrzałe pomidory.
— Ja… – zaczęła, ale nie pozwolono jej skończyć.
— Natsu?! – usłyszałem znajomy głos. – Co ty robisz?! – piskliwie zapytał Happy, który jakoś doczołgał się do aneksu kuchennego. Spojrzałem na niego i wiedziałem, że dotarcie tutaj kosztowało go wiele wysiłku. Ocierał pot z czoła, ale całkiem przytomnie przyglądał się naszej tulącej się dwójce. Poprawka, to ja tuliłem Błotną Pannę.
Kocur otaksował mnie od góry do dołu, a jego oczy, im niżej się zapuszczały, rozszerzały się z każdą chwilą coraz bardziej. Widziałem jak ciężko przełyka ślinę, zupełnie jakby przeszkodził nam w czymś, hmm, zostańmy przy „w czymś”. A później się zaczęło.
— Natsu! Puść ją! Ty zboczeńcu! Przecież może oskarżyć cię o molestowanie, a wtedy Mistrz na pewno skopie ci tyłek! – wrzeszczał jak opętany, trzymając się łapkami za głowę i biegając w kółko nieopodal mnie i dziewczyny. Czyżby mu się polepszyło?
Słuchając jego wynurzeń, rozszerzyłem z niedowierzaniem oczy i gwałtownie zwróciłem głowę w stronę Błotnej Panny, która z podobnym szokiem przypatrywała się Happy’emu. Nie wiem, co bardziej ją zaskoczyło, czy to, że kot mówił, czy to, co mówił, czy to, że był niebieski. Gdy spojrzała na mnie, spąsowiałem. Chciałem coś powiedzieć, ale nawet, gdybym w tej chwili zjadł słownik, nie potrafiłbym znaleźć odpowiednich wyrażeń. Zamiast tego, wypuściłem przez nos powietrze i patrzyłem na nią bez mrugnięcia. Gdy oparła czoło o moją klatkę piersiową i zakryła głowę ramionami, zdębiałem. Widziałem jedynie jej uszy, który były potwornie czerwone, zupełnie jak oblane wrzątkiem.
Zadrżała, kiedy odchrząknąłem i nieco rozsunęła ramiona, by łypnąć na mniej jednym, mocno rozszerzonym okiem.
— No tego… – zacząłem bez sensu, ale ktoś wiecie kto bezczelnie mi przerwał.
— Natsu, ty kryminalisto… – wyszeptał mój przyjaciel. Gdy spojrzałem w jego stronę, zauważyłem, że klęczy, trzyma obułap głowę i kręci nią z niedowierzaniem, patrząc pustym wzrokiem w podłogę przed sobą. Pacnąłem się otwartą dłonią w czoło i zarechotałem, by po chwili śmiać się w głos. Miałem gdzieś to, co sobie pomyśli o mnie Błotna Panna. Ba! Dla mnie byłoby chyba lepiej, gdyby uznała mnie za wariata i opuściła mój dom, nim zabiję się na śmierć przez pecha, który zaczął mnie prześladować, od czasu naszego pierwszego spotkania. Całe moje ciało trzęsło się z wesołości, która mnie ogarnęła. Chwilę później mój chichot uspokoił się. Wierzchem dłoni, którą trzymałem na twarzy, starłem płynące z oczu łzy i spojrzałem na dziewczynę, która przyglądała mi się w osłupieniu. Uroczo zagryzała dolną wargę, a oczy otworzyła tak szeroko, że górne rzęsy dotykały brwi.
Nie bardzo wiedząc co robię, chwyciłem ją za brodę i przysunąłem swoją twarz do jej oblicza.
— Śliczna jesteś – szepnąłem, na co spąsowiała i opuściła wzrok. Zabrałem dłoń i spojrzałem na Happy’ego, który zatrzymał się z jedną tylną łapą w górze i mrugał zawzięcie, patrząc na mnie z rozdziawionym pyszczkiem. Wyszczerzyłem się do niego i powoli uniosłem do siadu, dbając, by Błotna Panna nie dotknęła zimnej podłogi. Plecy mnie zapiekły, kręgosłup zagrzechotał, a oddech zaległ mi w płucach, gdy walczyłem z bólem. Nie pozwoliłem sobie na żaden jęk, czy grymas, zdradzający stan mojego ducha. Nie chciałem, by to zauważyła i czuła się winna. Usadziłem ją sobie na udach i podtrzymałem plecy, podczas gdy ona wciąż chowała swoją twarz w dłoniach. Chwyciłem delikatnie za prawy nadgarstek i stanowczo odciągnąłem rękę, którą położyłem jej na udach. To samo zrobiłem z lewą ręką, a gdy zobaczyłem jej twarz, naturalnie całą czerwoną, westchnąłem głośno.
— Happy – zwróciłem się do przyjaciela i spojrzałem na niego z udręką. Zatrzymał zmartwiony wzrok na mojej twarzy. – Nikt tu nikogo nie molestuje, ale wszystko wytłumaczę ci później. – Przymknąłem powieki, przyłożyłem dłoń do czoła i potarłem nią skórę w tym miejscu, usiłując pozbyć się bólu, który wrócił nową falą. – Teraz wracaj na hamak, okryj się kocem i kuruj. Jak uda mi się zrobić coś jadalnego, przyniosę ci, dobrze? – zapytałem, zabierając dłoń z czoła, ale ze strony kota nie było żadnej reakcji. Spostrzegłem, że zamiast na mnie, gapi się na blondynkę, która siedzi mi na kolanach. Poszedłem za jego wzrokiem, a wtedy ujrzałem wpatrzone w siebie orzechowe oczy. Odległość między naszymi twarzami wydała mi się zbyt mała, dlatego nieco cofnąłem głowę. Jej twarz oblała się pąsem, swoją drogą coś często jej się to zdarzało, dlatego opuściła głowę, a wtedy włosy opadły złotą kaskadą na przód jej ciała, łaskocząc przy okazji moje ramię. Na migi pokazałem Happy’emu, żeby opuścił aneks, co niechętnie uczynił, i ponownie przeniosłem wzrok na dziewczynę. Odchrząknąłem, na co poderwała głowę i spojrzała mi w twarz. Kilka blond pasm zasłaniało jej oczy, dlatego delikatnie założyłem je za jej uszy, zaskoczony tym, że tak szybko wyschły. Z niemałym szokiem skonstatowałem, że z żadną dziewczyną nie spoufaliłem się tak jak z nią w tej chwili i to po tak krótkiej znajomości. Przerażony tą myślą, szybko cofnąłem rękę. Uchwyciłem jej rozżalone spojrzenie i zastygłem z dłonią nieopodal jej ucha.
— Lucy – szepnęła, a ja zamrugałem kilka razy powiekami, potrząsając przy okazji głową. Widząc moją, zapewne totalnie kretyńską, minę, uśmiechnęła się, aż w jej policzkach ukazały się urocze jak ona sama dołeczki, i ponownie odezwała tym swoim melodyjnym głosem: – Mam na imię Lucy. – Wyciągnęła w moją stronę prawą dłoń, którą uścisnąłem. Dotyk jej skóry nie różnił się od tego z rana, a ja jak w transie trzymałem podaną kończynę, gładząc jej wierzch kciukiem. – Miło mi poznać – dodała, patrząc na mnie roziskrzonymi oczami.
— Taa… – powiedziałem tylko, ale widząc jej szeroki uśmiech i słysząc cichy chichot, potrząsnąłem głową i zreflektowałem się. – Mi także. Jestem Natsu Dragneel.
— Natsu Dragneel – powtórzyła, spoglądając w sufit. Później gwałtownie przeniosła wzrok na mnie i znowu się uśmiechnęła. – Ładnie. Ja mam na nazwisko Heartfilia – powiedziała jakby z obawą, której nie rozumiałem. Przypomniawszy sobie, że mówiła wcześniej coś o okupie, postawiłem sobie za punkt honoru wypytać w Gildii, czy je kojarzą.
— Bardzo ładnie, panienko – powiedziałem i wyszczerzyłem się do niej. Spojrzałem na jej twarz, przez którą przemknął cień i, domyśliwszy się wszystkiego, przeniosłem wzrok na jej kostkę. Była bardziej czerwona niż godzinę temu, dlatego przeraziłem się nie na żarty. – Dobra, wstajemy! Trzeba zająć się twoją kostką. – Wolną rękę włożyłem pod jej kolana i powoli się uniosłem. Objęła moją szyję ramionami, a gdy się poruszyła, rozsiała wokół siebie słodki zapach truskawek, który wręcz mnie odurzył. Mając pod nosem czubek jej głowy, głęboko odetchnąłem. Ach! Pachniała cudownie! Ciekawe jak smakowały jej usta… Gdy tylko o tym pomyślałem, spojrzałem na jej wargi, doskonale teraz widoczne, bo patrzyła przed siebie. Gdy lekko je rozchyliła, oblizałem swoje i przełknąłem ślinę. To nie było normalne! Zagryzłem zęby i dziarsko, a przynajmniej prawie, ruszyłem przed siebie. Tyłek bolał mnie niemiłosiernie, plecy piekły żywym ogniem, a głowa pulsowała tępym bólem.
Usadziłem dziewczynę na krześle, a gdy zabrała ręce, znów poczułem ten upajający zapach. Pomyślałem, że od dzisiaj truskawki będą moimi ulubionymi owocami. Kucnąłem przed nią i uniosłem głowę, łącząc z nią spojrzenie. Na moje nieme pytanie, skinęła głową i uniosła nogę, a jej stopa znalazła się na wysokości mojej klatki piersiowej. Schwyciłem ją delikatnie w dłonie, na co drgnęła. Miałem wrażenie, że tak wygląda poważne flirtowanie, chociaż nie to powinienem mieć teraz w głowie. Jedną dłoń umieściłem pod podbiciem, a drugą, patrząc jej w oczy, powoli i delikatnie przesuwałem w górę, aż dotarłem do kontuzjowanego stawu. Gdy dotknąłem zaczerwienionego miejsca, syknęła i zagryzła dolną wargę, a w kącikach jej oczu pojawiły się łzy, które spłynęły po policzkach, gdy zamknęła powieki. Dłoń z kostki przeniosłem na jej twarz i otarłem mokre ślady. Gdy poczuła mój dotyk, uniosła powieki i zarumieniła się. O matko! Była taka urocza, że aż zapragnąłem ją pocałować. Dzisiaj zaskakiwałem samego siebie. Nigdy wcześniej moim sercem nie targały podobne uczucia i rozterki, a nim spostrzegłem, co robię, delikatnie postawiłem jej stopę na podłodze, obiema dłońmi schwyciłem jej twarz i nachyliłem się nad nią. Patrzyłem w te jej piękne oczy, w których zdawałem się tonąć, i byłem coraz bliżej jej twarzy. Nie napotykając na opór, pogładziłem jej dolną wargę lewym kciukiem, by po chwili złączyć nasze usta w delikatnym, jak muśnięcie skrzydeł motyla, pocałunku. Z przyjemności, czując słodycz nie do opisania, przymknąłem oczy. Jej drobne dłonie dotknęły mojej klatki piersiowej, ale nie po to, by mnie odepchnąć. Pogładziła mój tors, odziany w beznadziejny różowy fartuszek, i przeniosła ręce wyżej, na szyję, którą po chwili ściśle objęła. Nasze ciała złączyły się ze sobą, niemal stając się jednością. Zabrałem dłonie z jej twarzy, by objąć ją i mocno do siebie przytulić. Jej plecy były gładkie, przyjemnie ciepłe i bardzo mięciutkie. Gdy delikatne muskanie przestało mi wystarczać, począłem miażdżyć jej wargi swoimi, a gdy z jej ust wyrwało się westchnienie, wsunąłem w ich wnętrze język. Skąd ja wiedziałem, że sprawi to przyjemność nam obojgu? Nieważne! Najważniejsze było to, że czułem się teraz odurzony i pragnąłem więcej. Niestety mój wyczulony słuch zadziałał bezbłędnie i wiedziałem, że ktoś za chwilę zapuka do drzwi. Powoli i z niechęci, odsunąłem się od dziewczyny, która z niemym pytaniem w oczach spoglądała na mnie. Jej uroczo zaczerwienione policzki, błyszczące oczy i nabrzmiałe wargi mówiły o tym, że miała mi za złe zaprzestanie przyjemnego procederu całowania. Pogładziłem kciukiem jej brodę, nachyliłem się i ostatni raz musnąłem jej usta.
— Przepraszam, ale ktoś za chwilę nas odwiedzi – wraz z moim ostatnim słowem, rozległo się pukanie do drzwi, po którym ktoś wywołał moje imię. Westchnąłem ciężko i powłócząc nogami, ruszyłem otworzyć.  Spojrzałem ponad lewym ramieniem na dziewczynę siedzącą na krześle przy stole, która wyglądała na zaskoczoną, i szepnąłem: – Zaraz wracam. Nigdzie nie uciekaj. – Uśmiechnąłem się, widząc jej bijące czerwienią policzki i z impetem otworzyłem drzwi, za którymi stała… – Lisanna? Co się stało? – zapytałem i przepuściłem ją w drzwiach, gdyż od razu wparowała do środka.
— Natsu, co się z tobą dzieje? – odpowiedziała pytaniem, krzyżując ramiona na piersiach. Potarłem twarz dłonią, którą później przeczesałem włosy.
— Lisanna, o co ci chodzi? – zapytałem, patrząc na nią przez rozcapierzone palce.
— Miałeś być w Gildii. Tak się umawialiśmy. – Dobra, była moją przyjaciółką, ale jak się na coś uparła, nie można było się sprzeciwić. I tak było w tym przypadku.
— Lis, przecież ci mówiłem, że dopóki Happy nie wyzdrowieje, nie pójdę z tobą na żadną misję. Nie słuchałaś mnie wtedy? – spojrzałem na nią uważnie. Zrobiła buzię w ciup i poczęła tupać prawą stopą.
— No mówiłeś! Ale myślałam, że Happy prędzej się pozbiera. – Opadła na krzesło stojące w przedsionku i patrzyła na mnie z miną cierpiącego kotka. Spojrzawszy na nią po raz kolejny po przetarciu dłonią twarzy, doznałem olśnienia.
— Dobrze, że jesteś! – zakrzyknąłem, na co podskoczyła na krześle.
— Nie krzycz tak! Głowa mi pęka!
— Lis, umiesz gotować, prawda? – zapytałem. Gdy skinęła głową, pogratulowałem sobie pomysłowości i wyszczerzyłem się. – To chodź do kuchni. – Pociągnąłem ją za rękę, by wstała z krzesła, co w końcu z ociąganiem zrobiła.
— Zaganiasz mnie do garów, a nawet nie jesteśmy parą – powiedziała z przekąsem.
— Ale jesteśmy przyjaciółmi – odparowałem, ucinając dyskusję. Złowiłem jeszcze jeden ciup i obrażone spojrzenie, ale nie robiło to na mnie wrażenia. – Słuchaj, mam gościa, a muszę wyjść po znachorkę. Dotrzymasz mu towarzystwa i zrobisz jajecznicę? – zapytałem, ładnie się uśmiechając, a gdy zauważyłem jej pełen uwielbienia wzrok, od razu wiedziałem, że odniosłem zwycięstwo. Pogratulowałem sobie umiejętności aktorskich, no bo kto powiedział, że tylko kobiety mogą manipulować mężczyznami? Właśnie.
— W porządku, ale pójdziesz ze mną na misję, dobrze?
— Jeśli jakaś mnie zainteresuje to tak – wybrnąłem z kiepskiej sytuacji.
Westchnęła z rezygnacją i ruszyła do aneksu, a tam stanęła jak wryta. Zatrzymałem się tuż za nią i ponad jej głową puściłem oczko do Lucy. Uśmiechnęła się szeroko.
— Natsu. N-n-nie mówiłeś, że twój gość to kobieta.
— Naprawdę? – udałem szczerze zdziwionego. – Och, ja niewychowany! W takim razie wybacz. – Minąłem ją, stanąłem obok Lucy, zdjąłem z siebie idiotyczny fartuszek i rozpocząłem prezentację: – Lucy, poznaj Lisannę, moją przyjaciółkę, którą znam od dziecka, i członka Gildii, do której należę. Lisanno, oto Lucy, którą dzisiaj rano znalazłem w błotnej kałuży i uratowałem przed nieszczęsnym losem, który na pewno miał być jej udziałem. – Zakończywszy prezentację, spojrzałem na dziewczyny. Blondynka wciąż delikatnie się uśmiechała i przyglądała Lisannie, która z kolei zastygła bez ruchu i zawzięcie mrugała. – Lisanno? – szepnąłem, wyrywając ją tym samym z transu.
— Ach, tak. – Potrząsnęła głową. – Lisanna Strauss jestem – rzekła i wyciągnęła dłoń w stronę Lucy, uśmiechając się szeroko. – Miło mi poznać.
— Lucy Hea… po prostu Lucy – powiedziała i odwzajemniła uścisk. Odetchnąłem z ulgą, bo wyglądało na to, że dziewczyny się dogadają. Przyjrzałem się uważnie blondynce, bo zacięcie się przy podawaniu nazwiska wydało mi się nad wyraz dziwne.
Gdy spostrzegłem, że serdecznie uśmiechają się do siebie, przestałem sobie zaprzątać głowę wcześniejszym zachowaniem Błotnej Panny.
— Lisanno, muszę iść do Polryusici, dlatego bardzo cię proszę, zajmij się Lucy i gotowaniem. Postaram się wrócić jak najszybciej. Ale najpierw… – dodałem i otworzyłem zamrażarkę, z której wyjąłem lód. Owinąłem go w ręcznik i położyłem na kostce dziewczyny, której noga spoczywała już na krześle. Widać, poradziła sobie. Skrzyżowałem z nią spojrzenie i uśmiechnąłem się krzepiąco. Wyprostowałem się. – Lisanno, mogę na ciebie liczyć, prawda? – zapytałem, na co tylko skinęła głową.
— Idź po medyka, bo widzę, że skręcenie jest paskudne – mówiąc to, skrzywiła się i lekko wzdrygnęła.
— Dzięki! Jesteś wspaniałą przyjaciółką! – zakrzyknąłem. – Będę za pół godziny czy coś koło tego!
Wybiegłem z domu lżejszy o kilka zmartwień i bogatszy o wiele doświadczeń.







Gdy wróciłem do chatki, pierwszym, co usłyszałem, był radosny śmiech dochodzący z kuchni. Pokrzepiony takim obrotem spraw, odetchnąłem głęboko, a czując smakowity zapach, od razu skierowałem się w tamtą stronę. W drodze do aneksu uchwyciłem jeszcze pytające spojrzenie Happy’ego, dlatego czym prędzej wparowałem do oazy noży i talerzy, przywitałem się z dziewczynami, podziękowałem Lisannie i porwałem porcję jajecznicy, którą nakarmiłem niebieskiego kota. W trakcie posiłku streściłem mu wszystko, co wydarzyło się od rana, a z każdym moim słowem jego oczy robiły się większe. Sam, opowiadając historię od początku, nie bardzo wierzyłem, że to wszystko miało miejsce dzisiaj. No cóż, dzień obfitował w ciekawe wydarzenia, ale jeszcze się nie skończył. Znachorka zapowiedziała, że pojawi się za godzinę, bo musi przygotować specyfiki, które poda Happy’emu i którymi obłoży kostkę kontuzjowanej, dlatego cieszyłem się, że posprzątałem dom. Wstyd byłoby mi przyjąć ją we wcześniejszym chlewie.
Gdy trzy godziny później Lisanna opuściła mój dom, po moich wylewnych podziękowaniach, Happy spał, a Polryusika wróciła od siebie, usiadłem w kuchni naprzeciw dziewczyny, Błotnej Panny, od dzisiaj Lucy, mojej Lucy, a przynajmniej tak pozwalałem sobie myśleć, i patrzyłem na nią z uśmiechem. W ciągu wspomnianych trzech godzin dowiedzieliśmy się o sobie kilku rzeczy. Mianowicie, że byłem od niej starszy zaledwie o dwa lata, czyli liczyła sobie dziewiętnaście wiosen. Poznałem jej znak zodiaku, datę urodzenia, hobby. Powiedziała mi, że jest jedynaczką, ale gdy zapytałem o rodziców, nabrała wody w usta. Postanowiłem nie męczyć jej wścibskimi pytaniami. W końcu znaliśmy się zaledwie od kilku godzin i nie mogła mi w pełni zaufać, co było zrozumiałe, ale właśnie tego najbardziej pragnąłem. Gdy jej oczy zrobiły się senne i powoli zamykały, wziąłem ją na ręce i zaniosłem do sypialni na piętro. Ułożyłem na materacu odzianym w świeże prześcieradło i delikatnie przykryłem kocem, dbając, by usztywniona kostka zajmowała jeden poziom. Odwróciłem się do niej plecami i ruszyłem do wyjścia, ale poczuwszy delikatny dotyk palców na lewym nadgarstku, zatrzymałem się w miejscu i spojrzałem na dziewczynę skąpaną w księżycowym blasku. Patrzyła na mnie nieśmiało, czerwieniąc się lekko, a jej oczy błyszczały jak gwiazdy na niebie.
— Natsu – powiedziała to tak ładnie, tak miękko, że coś chwyciło mnie za serce. – Zostaniesz ze mną? Nie chcę zasypiać sama. – Dziwna prośba z ust poznanej kilka godzin wcześniej dziewczyny. A czym innym było całowanie? Właśnie. Zamiast prowadzić ze sobą wewnętrzny konflikt, skinąłem głową, obszedłem łóżko i położyłem się obok niej. Przytuliłem ją do siebie, wdychając truskawkowy zapach jej włosów i czując ciepło jej ciała. Chwilę później usłyszałem jej równy oddech, dlatego opuściłem sypialnię i udałem się na dach. Od kilku dni właśnie tam spędzałem noce. Dzisiaj miało być podobnie.







Minęły dwa miesiące od czasu dziwnych wydarzeń z Błotną Panną, która okazała się być Gwiezdnym Magiem, posiadającym wszystkie dwanaście Zodiakalnych Kluczy. Jednym zdaniem: była najsilniejszym Magiem Gwiezdnej Energii, jakiego kiedykolwiek było mi dane spotkać. Od czasu tamtego namiętnego pocałunku, więcej nie pozwoliłem sobie na taką poufałość, a i Lucy o nią nie zabiegała. Co prawda mieszkała u mnie, ale to dlatego, że tak było wygodnie, a poza tym za jej śniadania, obiady i kolacje, dałbym się żywcem obedrzeć ze skóry. Jej kontuzjowana kostka, dzięki zabiegom Porlyusici, wyleczyła się w ciągu tygodnia, a przeziębienie Happy’ego odpuściło po trzech dniach. Żyliśmy sobie we trójkę jak, i tutaj nie wyolbrzymiam, rodzina. Co prawda ja wraz z Exceedem spałem w hamaku, a Lucy na piętrze, ale nie przeszkadzało nam to spędzać razem wolnego czasu i chodzić na misje. Tak, Lucy dołączyła do Wróżek, które entuzjastycznie ją przyjęły. Jej prawą dłoń zdobił znak Gildii, mający kolor jasnego różu, który nieodzownie mi się z nią kojarzył. To chyba przez te truskawki, którymi zawsze pachniała. Zaprzyjaźniła się z Lisanną, Erzą, Mirą, Juvią, Levy, Wendy i innymi dziewczętami, należącymi do naszej wielkiej rodziny. Panowie też lubili jej towarzystwo, bo okazała się być niezwykle inteligentną i oczytaną osobą, potrafiącą rozwiązać każdą zagadkę logiczną, krzyżówkę, sudoku czy inny wymysł ludzi dbających o rozrywki obywateli. Zawsze wygrywała w szachy i warcaby, każda gra planszowa z góry rezerwowała dla niej pierwszą lokatę, wszystkie książki znała na pamięć i czytała szybciej nawet od Levy, która przed jej pojawieniem się wiodła prym w tej konkretnej dziedzinie.
Lucy Heartfilia – te dwa słowa kilkadziesiąt razy dziennie tłukły mi się w głowie, będąc najpiękniejszą znaną mi muzyką, której nigdy nie miałem dość. Samo patrzenie na ich nosicielkę, sprawiało mi niewysłowioną wręcz przyjemność, słuchanie jej głosu było czystą radością, a mieszkanie z nią pod jednym dachem – spełnieniem marzeń takiego faceta jak ja. Co tu dużo mówić? Wpadłem po uszy w sidła zwane „miłością”. Pragnąłem mieć ją tylko dla siebie, ale nie w sposób egoistyczny, tylko partnerski. Chciałem założyć na serdeczny palec jej prawej dłoni złotą obrączkę, codziennie zasypiać i budzić się obok niej, mieć z nią śliczne dzieci, rozmawiać na jeszcze więcej tematów niż do tej pory, wpatrywać się w gwiazdy, siedząc na dachu naszej chatki, uprawiać warzywa w naszym ogrodzie czy po prostu tulić się i milczeć. Nie chciałem już by wszystko było „moje”. Pragnąłem zamienić to na „nasze”, na „wspólne”.
Oparłem prawy policzek na zwiniętej w pięść dłoni, której łokieć spoczywał na blacie baru, a przed nosem miałem do połowy pełny kufel piwa. Sączyłem je małymi łyczkami od ponad godziny, bo nie było za bardzo co robić, dlatego zwyczajnie grzecznie siedziałem. Nawet bić mi się nie chciało. Zresztą, nie było z kim. Gray ukrywał się gdzieś w mieście przed Juvią, Gajeel był na misji ze swoim Exceedem, a Elfman męsko zalecał się do Ever. No cóż, w zasadzie to pasowała mi ta cisza, bo mogłem bez przeszkód wgapiać się w Lucy, która tłumaczyła coś małej Wendy. Dowiedziałem się, że jest jej prywatną nauczycielką, co sprawiło, że byłem dumny jak paw i nosiłem głowę wysoko zadartą.
— Powiedz jej – moje rozmyślania przerwał głos należący do Miry, starszej siostry Lisanny i Elfmana.
Wyrwany z otępienia, spojrzałem na nią nieprzytomnie i zmarszczyłem brwi.
— O czym ty…? – zapytałem lekko rozmarzony.
— O Lucy. Powiedz jej, co czujesz – rzekła i uśmiechnęła się promiennie. Oho, chyba czas schować się przed Swatką Numer Jeden Gildii Fairy Tail.
— Ale ja wcale… – usiłowałem nieporadnie zaprzeczać, ale przy okazji spąsowiałem i wyglądałem teraz jak dojrzała piwonia. Mira tylko szerzej się uśmiechnęła i puściła mi oczko. Zrezygnowany, położyłem głowę na blacie baru i mruknąłem: – Aż tak to widać?
— Mhm. Ale tylko, jeśli ktoś zna się na rzeczy, dlatego się nie przejmuj. Inni nic nie wiedzą. No może poza Biscą i Alzakiem, ale w końcu oni mają pewne sprawy za sobą. – Oparłem brodę na blacie i spojrzałem na nią uważnie. – Natsu, będę trzymała za ciebie kciuki – szepnęła i ruszyła na salę z tacą pełną kufli po brzegi wypełnionych piwem, by zwinnie lawirować między podchmielonymi magami i stolikami, które zajmowali. Uśmiechnąłem się, dopiłem piwo i wstałem.
— Dzięki – szepnąłem na ucho białowłosej, gdy przechodziłem obok niej. W odpowiedzi uśmiechnęła się i uniosła prawy kciuk, życząc mi powodzenia.
Spojrzałem w stronę stolika, przy którym wcześniej przebywała Lucy i spostrzegłem, że jest sama. Siedziała z brodą opartą na splecionych palcach dłoni i wodziła znudzonym wzrokiem po sali. Zająłem miejsce naprzeciw niej, na co wyprostowała się, uśmiechnęła szeroko i lekko zaczerwieniła.
— Hej! – powiedziałem.
— Cześć – odparła i spojrzała w dół.
— Wiesz, chciałbym pogadać – rzekłem pogodnie i próbowałem nie pokazywać, jak bardzo zależy mi na tej rozmowie. Oparła łokcie o blat stołu, a dłonie ułożyła pod żuchwą, palcami sięgając policzków i wpatrywała się we mnie z uwagą. Po wcześniejszym zawstydzeniu nie było śladu.
— Słucham – powiedziała tylko, a ja zacząłem się bawić szalikiem, który niezmiennie, każdego dnia, szczelnie oplatał moją szyję.
— To jest… bardziej osobista sprawa, dlatego wolałbym porozmawiać o tym w domu. – Mówiąc „dom”, miałem na myśli naszą chatkę. Lucy wyprostowała się i uważnie przyjrzała mojej twarzy, ale nie skomentowała moich słów. Kiwnęła tylko głową na znak aprobaty, by po chwili rzec:
— W sumie wszystkie sprawy w Gildii dopięłam na ostatni guzik. Wendy nauczyła się materiału z następnych pięciu dni, a z misji niedawno wróciliśmy, dlatego – spojrzała mi głęboko w oczy, aż serce mocniej mi zabiło – chodźmy. Porozmawiamy na spokojnie, bo Happy wybrał się na misję z Carlą. – Skinąłem głową, a wtedy równocześnie wstaliśmy od stołu i skierowaliśmy się do drzwi. Nim opuściliśmy gmach, życzyliśmy wszystkim dobrej nocy. Odpowiedziały nam pijackie, ale bardzo radosne, wręcz prześmiewcze, bełkoty. Otworzyłem wrota przed Lucy, a później cicho je za nami zamknąłem.





Ciąg dalszy nastąpi…












Witajcie Kochani!


Oto przybywam z pierwszą częścią kolejnego szota napisanego na zamówienie. Jestem z niego bardzo zadowolona, a pisanie z punktu widzenia Natsu, idzie mi lepiej, bo nasze charaktery są bardzo podobne. Poza tym uwielbiam gościa♥, dlatego wszystko w temacie :). Zaznaczę, że notka ma 32 strony, czyli całkiem sporo, chociaż początkowo planowałam wstawić 45, ale betowanie samych opisów, na których pisanie nie szczędziłam czasu, prawie mnie zabiło! Całość dedykuję Lucy Heartfilii, natomiast pierwszą część – Oli Ri, która jako pierwsza skomentowała poprzednią jednorazówkę. Bardzo Ci za to dziękuję! Zamawiająca, której życzenie spełniłam, chciała, by nasi główni bohaterowie poznali się inaczej, niż to miało miejsce według zamysłu pana Mashimy. Starałam się wymyślić coś oryginalnego, innego, coś, czego do tej pory nie udało mi się przeczytać na innych blogach. Mam nadzieję, że misja niemożliwa jest wykonana kompletnie :). Nad notką nie wrzuciłam swojej zwyczajowej paplaniny, gdyż nie chciałam dzielić dosyć długiego tytułu. Nie wyglądałoby to korzystnie. Co Wam jeszcze chciałam przekazać? Ostatnio coś nie umiem skupić się na pisaniu. Niby pomysłów masa, wiem, co ma być dalej, a mimo to coś jest nie tak. Od dłuższego czasu mam problemy ze snem, przez co rano wstaje ledwo żywa i cały dzień funkcjonuje niemal jak zombie. Chciałam, bardzo chciałam napisać tego szota od A do Z, ale nie udało mi się, dlatego zostanie wstawiony w częściach, bo muszę dalszy ciąg odpowiednio dopieścić. Z tym, co mieliście okazję przeczytać, bardzo długo się bawiłam, betowałam, czytałam, po sto razy sprawdzałam, ale na pewno coś przeoczyłam, dlatego proszę, kiedy znajdziecie jakikolwiek błąd, choćby brakujący przecinek, dajcie znać. Ja ze zmęczenia zwyczajnie tego nie dostrzegę... Ech... Pewnie wyjdzie, że się żalę, ale trudno... Co jeszcze? Ach, tak! Sprawa dziesięciu komentatorów pod epizodem trzecim, wciąż jest aktualna. Brakuje jeszcze trzech osób, dlatego ja cierpliwie na nie poczekam, a kolejny epizod ukaże się dopiero, gdy dobijecie do tej dziesiątki, o którą tak prosiłam, i najpewniej będzie to w jakiś weekend, ale tylko od Was zależy w który. Przypominam, że Anonimki też mogą komentować, ale komentarze bez podpisu, nie będą wliczane do tej dziesiątki, bo wiadomo, że może to być każdy. Nawet osoba, która już komentowała. W dalszym ciągu zachęcam do lajkowania mojego fanpejdża na fejsie, ale widzę, że nic a nic Was nie przekonuję, bo mało jest kliknięć w „Lubię to!”. Czy to naprawdę zajmuje tak dużo czasu? Czy może zwyczajnie nie macie konta na FB? Nie wiem, nie wnikam, ale ponawiam swój apel, gdyż właśnie tam będę na bieżąco Was informowała i odpowiadała na ewentualne pytania. Na tę chwilę, myślę, że to wszystko, ale zapewne coś pominęłam. Wybaczcie, wyjątkowo moje ciało i umysł nie są kompatybilne, przez co nie umiem się skoncentrować. Mam nadzieję, że niedługo wszystko minie, bo szukam rozwiązania, i znowu będę jak zawsze żywiołowa i optymistyczna, bo na ten moment mogłabym sobie podać dłoń ze Smerfem Marudą… I na tym chyba zakończę mój wywód, serdecznie Was pozdrowię i ładnie poproszę o komentarze pod notką :). Ściskam mocno!





Wasza R.








Post do znalezienia w zakładce One-Shoty

29 komentarzy:

  1. Cudnie się zapowiada. Natsu jest tu taki kochany i uroczy. Od samego początku wpadł jak śliwka w kompot. Jest taki troskliwy względem Lucy. Ich pocałunek był świetny. Szkoda tylko, że się nie powtórzył, ale końcówka już pokazuje, że z tego coś musi być,bo jak nie to się policzymy. Fajnie, że Lisanna nie pozabijała się z Lucy w kuchni. Przynajmniej tyle, że na razie żyją w zgodzie. Natsu ma już piękne plany względem ich przyszłości. Bardzo mi się one podobają i czekam na ich spełnienie. Szkoda, że w takim momencie urwałaś. Kiedy można się spodziewać kontynuacji? Ja już nie mogę się doczekać. Przesyłam Ci wenki Kochana :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Karolcia! Słonko! Dziękuję za komentarz! Jak zawsze na posterunku, moja Ty ♥! Niezmiernie cieszę się, że pomysł Ci się spodobał, bo wierz mi, naprawdę się starałam :). Wszystko specjalnie dla Ciebie :). Mam nadzieję, że dalszy ciąg nie rozczaruje Cię w żadnym stopniu :). Co jeszcze? Ach, tak! Wiesz, Lucy i Lisanna w zasadzie zawsze będą żyły u mnie w zgodzie, bo bardzo lubię pannę Strauss i nie wyobrażam sobie, by zrobić z niej wredną sukę! Chociaż w jednym opku taka będzie, ale to temat na inną rozmowę :D. Co jeszcze? Jeśli chodzi o urwanie tekstu, musiałam tak zrobić. Wiesz, liczę, że będzie taki efekt „WOW!”, dlatego też nie mogłam dać wszystkich najważniejszych momentów na raz. Musisz mnie zrozumieć. A jeśli idzie o kontynuację, przy dobrych wiatrach za dwa tygodnie, przy złych - dopiero za miesiąc. Jeśli idzie o kolejny epizod, to tak jak zapowiedziałam, pojawi się dopiero, gdy trzeci skomentuje dziesięć osób. I nadmienię jeszcze, że jestem bardzo szczęśliwa, że opiekuńczy Natsu przypadł Ci do gustu. Właśnie takiego chciałam go tutaj przedstawić, ukazując jego najlepsze cechy :). No i to chyba wsio :D.

      Raz jeszcze dziękuję, ściskam i pozdrawiam,

      Twoja R ♥.

      Usuń
  2. Oh kur...czaczki. To normalnie najzabeistrzy one-shot jaki czytałam. Tak długi i zajebisty stylistycznie i historycznie.. booooskooo!
    Czy ty pracujesz w polsacie?! W takim momencie robić pauze?!
    No ale.i tak.kocham to co piszesz. Ja niestety - cholernia mania twania - musze teraz sprzątać, więc rozdział.przeczytam dopiero wieczorem. Ale przeczytam!
    Tak więc jak.na razie życzę więcej takich zajebistych one*shocików - ciekawe co wymyślisz z moim *.*
    Papa!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko! A któż to do mnie zawitał? Witaj, Kochana Ecle :*. Niezmiernie się cieszę, że przeczytałaś i zostawiłaś po sobie komentarz :D. Yay! Ale się cieszę! Naprawdę tak Ci się spodobał ten szocik? O matko! To świetnie! Bo powiem Ci, że naprawdę dużo czasu kosztowało mnie pisanie :). Ale, ale! To dopiero pierwsza część :D. Będą jeszcze prawdopodobnie dwie, ale wszystko w praniu może ulec zmianie. A przerwać musiałam właśnie w tym momencie, bo później jest dużo ciekawiej :D. Można powiedzieć, że będzie miała miejsce właściwa akcja :D. Cierpliwości! Czy pracuję w Polsacie? No niestety nie... Na tą chwilę nigdzie nie pracuję, przez co szlag mnie trafia! Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie moje spaprane samopoczucie, bo wtedy więcej czasu poświęciłabym pisaniu, ale totalnie nie wychodzi. W każdym razie na epizod zapraszam i czekam oczywiście na komentarz :D. Dziękuję za wszelkie życzenia! I mam nadzieję, że każda kolejna jednorazówka będzie prezentowała tak dobry, o ile nie lepszy, poziom, jak ta powyższa :D. A co do Twojego szota, tak się na niego nakręciłam, że napisałam 200 kopii roboczych na telefonie, dlatego myślę, że będzie to około 120-140 stron :D. A to jeszcze nie koniec! Ba! To dopiero początek rodzącego się uczucia :D. Mam nadzieję, że Cię nie zawiodę :).

      Ściskam mocno,

      Twoja R ♥.

      Usuń
  3. One-shot jest po prostu genialny... brak mi słów na wiecej słów opisujacych go.
    One-shot jest bardzo długi co bardzo mi sie podoba a tym bardziej że pojawi się kolejna część, której już nie mogę się doczekać oraz mieć nadzieję że będzie równie genialny i długi.

    Pocałunek Natsu i Lucy był świetny.. szkoda że im przeszkodzono, ale wybaczam. Szkoda tylko że był to tylko jednorazowa chwila. Mam nadzieję że w kontynuacji nie zabraknie tego oraz wiecej.
    Pozdrawiam i życzę weny oraz czekam na next

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla upewnienia chcialem powiedzieć że jestem chłopakiem.
    Żeby w przyszłości nie było nie jasności :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jezu! Jak ja Cię przepraszam! Gdybyś teraz zobaczył moje policzki... Są czerwone z zażenowania! Powiem Ci, że od samego początku zastanawiałam się jakiej formy użyć, ale Ty się niczym nie zdradziłeś, a ja z góry założyłam, że jesteś dziewczyną... O matko! Raz jeszcze przepraszam! Mam nadzieję, że mi wybaczysz :). A co do Twojej oceny mojego szota, bardzo dziękuję za takie miłe słowa! Naprawdę się starałam, żeby wyszło to jakoś porządnie, i sądząc po Waszych komentarzach, udało mi się! Jupi! To jest jak miód na moje zbolałe serce po przegranej Polaków z Francuzami... Oby jutro pokonali Niemców! Inaczej za siebie nie ręczę :D. Ale nie o tym miało być :). Co dalej? Kontynuacja pojawi się za jakiś czas i staram się, by całość nie odbiegała od wstawionego wyżej fragmentu. W każdym razie opisy, przynajmniej moim zdaniem, są na takim samym poziomie jak w pierwszej części :). Co do samej fabuły, została ona z grubsza zarysowana przez Lucy Heartfilię, która złożyła zamówienie na tę jednorazówkę, aczkolwiek sporo dodaję od siebie :). Co do pocałunku naszych bohaterów, ha, musicie cierpliwie poczekać, gdyż przewiduję więcej romansu :). I mam nadzieję, że Was nie rozczaruję :). Dziękuję za wenę i pozdrowienia i napiszę: i w drugą stronę, Mój Drogi :).

      Ściskam mocno!

      Twoja R ♥.

      Usuń
  5. Wybaczam hehe :D.
    Nie dziwię się tobie... nie jesteś pierwszą osobą. Obserwuje i komentuję sporo blogów i opowiadan. O tematyce faily tail i naruto... o różnych paringach, które oczywiście lubie czytać.
    Zdziwilabys sie ile blogów obserwuję hehe

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ukłony w Twoją stronę! Dziękuję za przebaczenie :D. Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja taką gafę walnęłam... Ale mimo to, wciąż jest mi głupio... A co do obserwowanych blogów, jeśli jest ich wiele, to na serio się dziwię, bo kiedyś podglądnęłam Twoje konto i nie masz na nim żadnego adresu. Jak Ty to robisz, że zawsze wiesz, że ktoś dodał notkę?

      Pozdrawiam cieplutko :D.

      Twoja R ♥.

      Ps. Komentarz wstawiałam raz jeszcze, bo wkradł mi się błąd, a strasznie tego nie lubię! Dla uściślenia, zjadłam literkę :D.

      Usuń
  6. Jaaakie urocze NaLu, ranyyy boskie *^*
    Fenomenalnie wszystko opisujesz, ze szczegółami, bogatym słownictwem oraz stuprocentowym podobieństwem do rzeczywistości.
    Rany, i ten pocałunek... Świetny, ale Lisannę to bym udusiła za to, że ośmieliła się w tym momencie tam przyjść xD
    Relacje Natsu i Happy'ego także idealnie przedstawione, nic dodać, nic ująć ^^
    Życzę dużo, dużo weny, byś jak najszybciej wstawiła 2. część!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do tego Natsu jaki opiekuńczy i uroczy... No i mimo że one-shot jest długi, chłonie się go jak gąbkę.
      Lucy tylko taka małomówna, coś czuję, że przeszłości to ona lekkiej nie ma :")
      Ach, no i historia niezwykle oryginalna, do tego ta miłość od pierwszego wejrzenia! Aż się w słowach plączę i nie potrafię znaleźć odpowiednich...
      Dobra, tym razem definitywny koniec xD
      Weny jeszcze raz, pozdrawiam~

      Usuń
    2. O mamusiu! Kto to mnie odwiedził? Lilla! Jak miło, że jesteś :D. Dziękuję ;*! A teraz do rzeczy! Bardzo się cieszę, że pierwsza część szocika Ci się podoba i wzbudza w Tobie takie emocje :). Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy! Naprawdę, do tej jednorazówki przyłożyłam się wyjątkowo, bo, po pierwsze, kocham NaLu, a po drugie, chciałam osiągnąć dobry efekt i z tego, co widzę, udało się :). Nawet nie wiesz, jak miłe mi są Twoje komplementy. Wiedz, że jestem wyjątkowo zadowolona z osiągniętego efektu i jest to mój ulubiony, na tę chwilę, szocik :D. Jeśli nie odbiegłam od rzeczywistości, to bardzo się cieszę, chociaż zdaję sobie sprawę, że Natsu jest kompletnie inny od tego, którego znamy z mangi czy anime :). Chociaż opiekuńczy to on był zawsze ;D. Ale rozsądku nie miał za grosz ^^. Jeśli idzie o sytuacje komiczne, które zresztą uwielbiam i przy których pisaniu przednio się bawiłam, chciałam wprowadzić nieco humoru, bo wiadomo, że zawsze coś może zepsuć sielanką, a o tym najlepiej wie zamawiająca, Lucy Heartfilia :). Przyznam szczerze, że podczas betowania, śmiałam się z tych dziwnych sytuacji, w których postawiłam bohaterów :). Mam nadzieję, że Wy, Moi Kochani Czytelnicy, mieliście podobnie ;). Ech, ale ja spoileruję. Wybacz! Zwyczajnie nie mogę się opanować i smaruję tą odpowiedź od jakiegoś czas ;D. A teraz dalej! Pocałunek musiał być przerwany, bo znając siebie, wstawiłabym tam 18+ jak nic! Także ja niezmiernie się cieszę, że Lisanna przybyła i przeszkodziła naszym uroczym magom :D. Druga część powinna ukazać się albo za dwa tygodnie, albo dopiero za miesiąc. Nie wiem jak będę stała z czasem, a poza tym wiele rzeczy wymaga dopracowania. Na przykład w pierwszej części nie pojawiła się żadna wzmianka, jakoby Natsu pytał w Gildii o znajomość nazwiska Lucy. Naturalnie mam już wszystko przemyślane i każde niedopowiedzenie planuję rozwiązać w ostatniej części, a patrząc na ilość tekstu i pomysłów, może być ich łącznie nawet pięć, chociaż przewidywałam, że w trzech się zamknę. Ale nie można mieć wszystkiego, prawda? A najfajniejsze jest to, że nie będę się nudziła, bo mam kilka zamówień na jednorazówki, a większość z nich będzie prawdziwymi kolosami :). Ale ja znowu odbiegam od tematu :D. Za wenę bardzo Ci dziękuję! Na pewno się przyda, dlatego zagarniam ją do mojej szuflady ze skarbami i zamykam na kłódkę :D. A powiem Ci jeszcze, że już wiem, czemu do 4 spać nie mogłam i pisałam na telefonie: musiałaś mnie wspominać, bo patrząc na godzinę zamieszczenia Twojego komentarza, śmiało powiem, że zwyczajnie o mnie myślałaś! Ale co tam! Nie przejmuj się, bo powstała kolejna porcja teksu, którą na pewno wykorzystam w głównej historii :).

      Ściskam mocno i dziękuję,
      mam nadzieję, że Cię nie rozczaruję,
      kolejnym partem jednorazówki,
      która będzie okazją do rozmówki!

      Twoja R ♥.

      Ps. Heh, nie przejmuj się tym, co napisałam. Ja ostatnio mam problemy z usypianiem i z reguły udaje mi się to dopiero w okolicach 4...

      Usuń
    3. Natsu jest inny, ale to idzie na plus, bo ludzie, gdy się zakochują, zawsze przynajmniej trochę zmieniają zachowanie, więc jest to idealne odzwierciedlenie ^^
      Haha, ano, wspominałam :D
      Znam te problemy ze snem; w święta się tak przestawiłam, że chodziłam spać między 5 a 7 nad ranem i spałam do 15, a teraz znów trzeba chodzić do szkoły... no i jest niemały problem, ostatnio historyczka wraz z klasą nie mogli mnie kilka minut na lekcji dobudzić xDD
      Na marginesie, zazdroszczę umiejętności rymowania, moje są na poziomie -1 ::)
      Pozdrawiam~

      Usuń
    4. Hahaha! Nieźle :D. Dobra jesteś :D. Kurcze, czemu mnie się takie przygody nie zdarzały za czasów szkolnej ławy? Ech... Ano widzisz :D. Czyli bez skrupułów nie pozwalałaś mi spać :D. A Ty niedobra! Nie no, żarcik :D. Bardzo dziękuję! Przyznam szczerze, że rymy są ze mną praktycznie codziennie ;). I jakoś nie umiem ich wygonić ze swojego życia :). Dzisiaj, po powrocie z kościoła, też rymowałam, bo Polacy pokonali Niemców! Jupi!!!!!!!!!!!! Ale ja znowu zbaczam. Ech, ta moja wrodzona przypadłość :D. Co jeszcze? Zostaje mi tylko serdecznie Cię pozdrowić i uściskać :D. A reszta sama przyjdzie ;).

      Buźka :*!

      Usuń
  7. Co do twojego pytania, skąd wiem kiedy pojawi się nowa notka w danym opowiadaniu, nie mając adresu na koncie, wyglada to tak że, czytam wszystkie blogi na telefonie, bo jest wygodniej i praktycznie. W telefonie mam zapisane wszystkie blogi w zakladkach, które oczywiście czytam. Wchodzę raz dziennie sprawdzajac czy nie pojawiła się nowa notka na blogach. Nie zawsze mam czas by wszystkie sprawdzić w danym dniu, bo jest ich naprawdę sporo... około 120, jesli nie wiecej :D
    Przez długi czas obserwuję blogi i wiem mnie więcej kiedy pokaże sie nowa notka w danym blogu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, czyli taki spryciarz z Ciebie :D. No powiem Ci, że ja mam tyle zakładek, że raczej nie dałabym rady tak robić, dlatego wole dopisywać się jako obserwator. Swego czasu tez czytałam mnóstwo blogów o tematyce FT. Na tą chwilę jest ich naprawdę niewiele, bo większość piszących po prostu nie daje znaku życia, a poza tym z własnymi blogami - bo jest ich w planach znacznie więcej - mam wiele pracy, dlatego samo tak wychodzi. Życie, ot co :).

      Usuń
  8. Fajny shocik. Czytałem go z wielkim zainteresowaniem. Liczę na więcej oraz na jak najdłuższe prowadzenie bloga. Życzę ci dużo weny oraz bezpieczeństwa, życzy PhantomPL z elfami, które są teraz pod moją (tyrańską) władzą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj, Mój Drogi Phantomie!

      Bardzo dziękuję za miły komentarz! Niezmiernie cieszę się, że notka Ci się spodobała :). Mam nadzieję, że bloga będę prowadzić bardzo, bardzo długo, bo zwyczajnie sprawia mi to niewysłowioną frajdę :D. Bezpieczeństwo też się przyda, bo czasy niepewne, dlatego dziękuję i w drugą stronę!

      Ściskam mocno i pozdrawiam,

      Twoja R ♥.

      Usuń
  9. Nie mam chęci na komentowanie, ale jestem zmuszona by coś o tym dziele powiedzieć.
    Akira: Leń jesteś.
    No co ty? To już wiem, wracając, Akira nie będzie się za bardzo udzielać, musi trenować Levy i Lucy. Ja za to nie jestem taka miła i nie kończe ich treningu kolejnym rozdziałem. Tyle, że mowa jest o tobie, więc kocham, było romantycznie. Przyznam, momentami aż przygryzałam wargę, żeby nie piszczeć ze szczęścia. Będę czekać na kolejną część zniecierpliwiona. Złapałam lenia na komy, ale jako, że jesteś moją kochaną R, to po prostu musiałam coś nabazgrać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana Akeylo!

      Bardzo, ale to bardzo Ci dziękuję, że jednak znalazłaś w sobie nieco chęci i napisałaś ten komentarz! Jest mi niezmiernie miło, że wzbudziłam w Tobie takie emocje, bo czuję, że naprawdę warto było pisać, wiele razy betować i ślęczeć nad samym rozkładem akcji kilka godzin :). Jeszcze raz bardzo Ci dziękuję! Kolejna część pojawi się, ale nie wiem kiedy. Jestem w trakcie dopieszczania szczegółów, które, jak widać wszędzie, są najważniejsze, gdyż każde zdanie, czy słowo, może mieć znaczenie, dlatego sądzę, że trochę to potrwa. Mam jednak nadzieję, że czekanie Was nie znudzi i będziecie ze mną do tego czasu :).

      Ściskam mocno,

      Twoja R ♥.

      Usuń
  10. Jeju R. dawno nie czytałam nic co tak mocno poruszyłoby moje serduszko T.T Dziękuję! Wszystkie Twoje opisy są tak dokładne, że nie mam najmniejszego problemu z wyobrażeniem sobie danej sytuacji, a to tego najbardziej oczekuje od opowiadania. Bardzo dobrze udało Ci się wykreować na nowo charaktery stworzonych już postaci za co wielkie brawa ode mnie. Czekam niecierpliwie na drugą część one-shota.
    Pozdrowionka, Renka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Renka! Kochana! Nie masz pojęcia, jak bardzo się cieszę, że dałaś znak życia. Od jakiegoś czasu zastanawiałam się, co się z Tobą dzieje, dlaczego nic nie publikujesz i w ogóle nigdzie Cię nie widać. Jak miło, że się odezwałaś! Dziękuję! I dziękuję Ci także za przemiły komentarz! Och! Jak wspaniale, że udało mi się Ciebie zaciekawić tym, co napisałam, że charaktery bohaterów podobają Ci się i że napisałam na tyle zrozumiale, że dało się to odtworzyć w głowie :). Yay! Jak mi miło! Dziękuję Ci raz jeszcze! A co do kontynuacji, może w przyszły weekend uda mi się dodać, ale nie będę nic obiecywać.

      Ściskam mocno!

      Twoja R ♥.

      Usuń
  11. Przerywać w takim momencie? Naprawdę? CZY TY MASZ SERCE?!
    Nic więcej nie napiszę! Chociaż mi się ciśnie milion słów na usta to nic nie napiszę! :D
    Bo jestem zła i wkurzona że nie ma dalszej części, o! :D
    A tak na serio - to chyba najlepszy one-shot, jaki w życiu czekałam i będę tu wchodzić codziennie i gwałcić F5 żeby sprawdzić, czy coś wrzuciłaś! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. * czytałam. Jezu do ja piszę :x

      Usuń
    2. Witam Cię serdecznie, Droga Lucy! Jest mi niezmiernie miło, że przeczytałaś i skomentowałaś tą pierwszą część szocika :D. Hahahhah! Muszę Ci powiedzieć, że czytając Twoją wypowiedź, śmiałam się do rozpuku :). No przednio się ubawiłam! A czy mam serce? Chyba tak, skoro jeszcze coś mi tam bije :D. W każdym razie taki zabieg był konieczny, żeby Was zainteresować i do pewnego stopnia zirytować :D. Nie mogłam dać wszystkiego, co chciałam wrzucić, bo znalibyście już całą akcję, a na to nie mogłam pozwolić! Powiem Ci, że bardzo, ale to bardzo mi miło, że uważasz tego szota za najlepszego, jakiego miałaś okazję czytać. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy! Serio :). Jeśli uda mi się wyrobić, to kolejna część pojawi się w przyszły weekend, ale nie wiem jak to wyjdzie w praniu, bo jestem w trakcie remontu i całe dnie spędzam przy pracy. W każdym razie możesz być pewna, że dalszy ciąg pojawi się za jakiś czas :).

      Pozdrawiam cieplutko,

      R ♥.

      Ps. I nie przejmuj się! Pora była późna, a błędy zdarzają się każdemu :).

      Usuń
  12. Czemu je nie umiem tak ładnie pisać kometarzy tylko tak jak pisze a to opowiadanie tak sobie mi się podoba d:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, przestań! Gdybyś nie umiał to żaden by nie powstał, prawda? A zostawiłeś komentarze pod wszystkim, co przeczytałeś, za co bardzo Ci dziękuję :). Co do powyższego opowiadania, to jest odrębna historia i rozumiem, że wolisz główną ;).

      Usuń
  13. Witaj
    Na to mam drugie opowiatanie które mnie zaciekawiło i spodobalo się dobrze ze mam jescze dwa rodzialy do czytania ale czemu przerwałaś w naj lepszym momecie i w tedy akcja się rozkracala .
    Tak mi się wydaje .
    A przyokazj to jestem dzisiaj wykończona po wizycie na działce i mam duzo pracy na niej musze ja cała zkopać w tym roku sama bo niema kto mi pomuc . a jeszcze roslinki w mini szklarniach zaczaly juz kiełkowac i pojawiać się małe zielona a jeszcze miesce nie jest na sztkowane .mam nadzieje ze pogoda do pisze . i znowu wiecej jest nie na tamat niz na tamet . pozdrawiam ♪♪♪♪♪♪

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hejka! Oj, no to bardzo się cieszę, że Ci się podoba :). Naprawdę! Tym bardziej, że sama uwielbiam to opko :). Na razie ma trzy części, ale na tym nie koniec. Nie wiem, kiedy wsio się rozwiąże i ile jeszcze partów powstanie, ale mam nadzieję, że nie rozczaruje moich Czytelników ;).

      No, praca w ogrodzie nie należy do najlżejszych, znam to z autopsji. Dlatego życzę Ci dużo chęci, sił i czasu, no i żeby farmerowanie sprawiało Ci mnóstwo przyjemności! A córka na pewno pomoże ;D. Także się nie łam! Razem dacie radę! Dziękuję Ci serdecznie za komentarz i za to, że piszesz, co u Ciebie :).

      Ściskam!

      Twoja R ♥.

      Usuń

Nie wstydź się – skrobnij komentarz!
Będzie lepszy, niż nowy elementarz!
Ja Ciebie zapamiętam
i dedyka Ci dam,
jeśli będziesz pierwszy
pośród wszystkich wierszy!